BayArena
fot. www.bayer04.de

Piłkarzom Mainz od początku do końca meczu absolutnie nie zależało na zwycięstwie. Przyjezdni ustawili zasieki w okolicach własnego pola karnego i liczyli na to, że jeśli zagęszczą przestrzeń w obronie i odpuszczą sobie zupełnie ofensywę, da to efekt w postaci punktu wywalczonego na trudnym terenie. Niestety, plan Kaspera Hjulmanda powiódł się w stu procentach. Po dziewięćdziesięciu minutach na tablicy wyników widniał rezultat 0-0.

Już po pierwszym gwizdku sędziego w polu karnym gości stanął autobus. Piłkarze Bayeru mieli całą inicjatywę po swojej stronie, o czym najlepiej świadczyło posiadanie piłki w okolicach 70% po kwadransie gry. Nie przełożyło się to jednak na konkretne sytuacje. Po mniej więcej piętnastu minutach autobus przesunął się do przodu, co poskutkowało kilkoma groźnymi kontrami Mainz. Przy jednej z nich Giulio Donati ewidentnie zapomniał o takim drobiazgu, jak powrót we własną strefę obronną. Przy drugiej, w 19. minucie, która również poszła sektorem boiska, gdzie pieczę powinien sprawować Włoch, Bayer miał naprawdę sporo szczęścia: Emir Spahic zderzył się we własnym polu karnym z Shinjim Okazakim, przez co dośrodkowana ze skrzydła piłka przypadkowo trafiła do wbiegającego na trzynasty metr, zupełnie pozbawionego opieki Yunusa Malliego. Na szczęście zawodnik gości fatalnie spudłował.

Bayer próbował akcji na małej przestrzeni – nie wychodziło. Aptekarze postawili zatem na indywidualne rajdy Karima Bellarabiego, Juliana Brandta czy Heung-Min Sona, co w połączeniu z lwią pracą wykonywaną przez Stefana Kiesslinga, który wywierał presję na linii obrony i rozrywał ją, ściągając na siebie uwagę defensorów FSV, mogło przynieść efekt… Obrońcy Hjulmanda stanęli jednak na wysokości zadania. Plan Mainz opierał się głównie na szczelnej defensywie, przez co duet Bell-Bungert nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę dekoncentracji. Prawdziwą opoką przyjezdnych okazał się dziś jednak Loris Karius.

Bramkarz łączony ostatnio między innymi z Herthą Berlin (a ponadto z licznymi klubami z Wysp Brytyjskich) pokazał pełnię swego talentu, szczególnie w drugiej połowie przyprawiając kibiców Bayeru o głośne jęki zawodu. Zwłaszcza w sytuacji z 63. minuty, gdy po błędzie Stefana Bella do piłki dopadł Bellarabi. Wykorzystując swą szybkość, skrzydłowy z Leverkusen zostawił rywali za plecami, wpadł w pole karne, przekładając sobie piłkę na lewą nogę, zwodząc tym samym obrońcę, po czym uderzył celnie na bramkę. Zrobił wszystko jak trzeba… Cóż, prawie wszystko. Gdyby reprezentant Niemiec posłał piłkę po ziemi, prawdopodobnie cieszylibyśmy się z bramki. Zamiast tego podniósł futbolówkę, co zwiększyło szanse Kariusa na obronę. W końcówce drugiej połowy bramkarz Mainz popisał się kolejną widowiskową paradą, tym razem po strzale Hakana Calhanoglu.

Calhanoglu po tym spotkaniu zasługuje na laurkę od kibiców. Był wszędzie, rozprowadzał akcje, uderzał z dystansu, dośrodkowywał groźnie (poprawił przy tym znacznie rzuty rożne; bite przez niego kornery wreszcie nie były tak płaskie jak w ostatnich meczach), a poza tym imponował grą w obronie: czystymi, nierzadko efektownymi wślizgami, wejściami bokiem, gdy trzeba było przepchnąć się z szukającym okazji do przetrzymania piłki z przodu Okazakim… Człowiek-orkiestra.

W drugiej połowie Mainz skupiało się tylko i wyłącznie na własnej połowie, posyłając długie piłki do przodu bez cienia pomysłu. Nieliczne zagrożenie piłkarze Hjulmanda stwarzali co najwyżej po stałych fragmentach gry, wykonywanych przez Johannesa Geisa. Groźnie bite piłki były jednak zazwyczaj bez większego problemu neutralizowane przez dobrze dysponowaną defensywę Bayeru.

Wszystko w drużynie Aptekarzy funkcjonowało dziś jak należy. Zabrakło tylko wykończenia, większej ilości akcji kombinacyjnych w ataku. A gdy już udawało się takową przeprowadzić, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tak jak w 83. minucie, gdy po wymianie podań z Levinem Öztunalim szarżujący prawym skrzydłem Donati wyłożył piłkę jak na tacy Robbiemu Kruse. „Skippy” uderzył tak, jak piłkarskie prawidła nakazują, ale w ostatniej chwili zmaterializował się przed nim wchodzący na wślizgu Niko Bungert i całą akcję diabli wzięli.

Osobny przytyk należy się sędziemu głównemu, Markusowi Schmidtowi, który w pierwszej połowie nie odgwizdał ewidentnego karnego dla gospodarzy po zagraniu ręką przez jednego z obrońców Mainz. Na sędziów nie ma co się jednak oglądać – Bayer powinien dziś odnieść spokojne zwycięstwo. O ile na początku sezonu często narzekaliśmy na niestabilną defensywę, dzisiaj wypada posłać wymowne spojrzenie w kierunku zawodników odpowiedzialnych za kreowanie akcji pod bramką rywala.