BayArena
fot. www.bayer04.de

Roger Schmidt opuszczający Bayer w 2016 roku po wygaśnięciu obecnego kontraktu? Chyba nikt w klubie nie wyobraża sobie obecnie takiego scenariusza. Leverkusen jest ostatnio w gazie, jutrzejszy mecz z Borussią Mönchengladbach został ochrzczony przez dziennikarzy „Rheinische Post” mianem starcia dwóch prawdziwych drużyn z czołówki. Oba zespoły kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa, oba mają swój własny styl, będący wizytówką ich trenerów. Roger Schmidt zmodyfikował swoją filozofię: pasywna jesień, gdy drużyna z Leverkusen biedziła się mozolnym oblężeniem bramki rywala, jest już tylko mglistym wspomnieniem. Były trener SC Paderborn czy Red Bull Salzburg zdołał sobie poradzić nawet z wiosenną klątwą i po przejściowych (na szczęście) trudnościach jego zespół regularnie punktuje w lidze.

– Mam nadzieję, że przedłuży umowę – powiedział niedawno o Schmidcie Hakan Calhanoglu. – Jest najlepszym trenerem, z jakim pracowałem.

Zarząd klubu ma podobne zapatrywania na współpracę z obecnym szkoleniowcem. Według doniesień „Expressu”, klub prowadzi rozmowy z trenerem w sprawie przedłużenia wygasającego w 2016 roku kontraktu. Decyzję poznamy po ostatnim meczu bieżącego sezonu, czyli już niebawem. Ciężko sobie wyobrazić, by coś miało stanąć na przeszkodzie przedłużeniu pracy Schmidta w Leverkusen. On sam ma wolną rękę jeśli chodzi o wdrażanie swojego systemu gry, nie musi drżeć o posadę. Zarząd z kolei ma wreszcie trenera, który może objąć drużynę długofalowo, na przestrzeni przynajmniej kilku sezonów. Wszyscy zadowoleni.

Jeszcze do niedawna nie było jednak tak różowo. Filozofia Schmidta, która dała mu w zeszłym sezonie mistrzostwo Austrii i pozwoliła stać się jednym z najgorętszych trenerskich nazwisk na niemieckiej letniej giełdzie transferowej (przypomnijmy, że wykupieniem Schmidta z Salzburga był zainteresowany między innymi Eintracht Frankfurt, który ostatecznie zatrudnił przymierzanego wcześniej do Bayeru Thomasa Schaafa), przyjmowała się na gruncie Bundesligi z pewnymi oporami.

Owszem, otwarcie było imponujące. Gładkie zwycięstwo nad szóstoligową Alemannią Waldalgesheim nikogo nie zdziwiło. Przejście jak burza przez czwartą rundę kwalifikacji do Ligi Mistrzów, gdzie rywalem Aptekarzy był duński wicemistrz, FC Kopenhaga, również. Dopiero 2-0 na otwarcie sezonu z Borussią Dortmund i bramka zdobyta przez Karima Bellarabiego, zanim przeciwnik zdołał ogarnąć, co się właściwie dzieje – to było coś przemawiającego do wyobraźni nawet przeciętnego polskiego Janusza, wiedzącego, że liga niemiecka to Lewandowski, Bayern, Błaszczykowski i Piszczek (w tej kolejności). W Niemczech zaczęto mówić o nowej sile, a zdjęcie szykującego się do frontalnego ataku Bayeru, gdy wszyscy piłkarze przed pierwszym gwizdkiem sędziego ustawieni są równo na linii środkowej boiska, obiegło cały futbolowy internet. 4-2 z Herthą w następnej kolejce tylko wzmogło apetyty kibiców klubu tęskniącego do sukcesów.

A potem przyszedł zastój. Może nie od razu, ale jednak. Remis ze słabiutkim wówczas Werderem Robina Dutta, z Paderborn, porażki z Wolfsburgiem i HSV. Męczarnie pod bramką rywala. Gra niby ofensywna, niby na połowie przeciwnika, a tymczasem goli z tego było jak na lekarstwo. Sytuacji też. Na początek wiosny – tragedia. Po remisie z Dortmundem i skromnym zwycięstwie nad Herthą, zdekoncentrowany zwłaszcza w końcówkach Bayer przegrał z Werderem, Wolfsburgiem i zremisował z Augsburgiem, co zważywszy na okoliczności było jak porażka – ustalającą wynik bramkę Aptekarze stracili w ostatniej minucie, a skoro żaden z graczy z pola nie fatygował się z jej zdobyciem, zrobił to bramkarz. Pech, co poradzisz. Przecież tak samo było rok temu. Zanosiło się na powtórkę z historii.

Do tego jednak nie doszło, Schmidt zdołał wyjść z całej sytuacji obronną ręką. Defensywa stała się monolitem i od przywoływanego przed chwilą meczu z Augsburgiem dopuściła we wszystkich rozgrywkach do utraty raptem czterech bramek w czternastu meczach. Jedną z nich wbiło Aptekarzom Atletico Madryt, dwie Ja-Cheol Koo z Mainz, egzekwując rzuty karne. Właściwie spośród ligowych rywali tylko sąsiedzi z Kolonii potrafili w tym okresie strzelić Aptekarzom gola z gry.

Schmidt wytrącił swoim krytykom (w tym niżej podpisanemu) wszystkie argumenty z rąk. Inna sprawa, że odkąd trenerowi udało się właściwie zbalansować proporcje między atakiem i obroną, nie sposób go już dłużej krytykować – po prostu nie ma za co. Akcje pod bramką rywali zazębiają się, błyskawicznie wymieniane podania wreszcie znajdują adresatów, Stefan Kiessling znów strzela, a do tego jest najczęściej faulowanym piłkarzem ligi, dzięki czemu praktycznie co mecz szansę na zabójczy strzał z rzutu wolnego ma Hakan Calhanoglu. Aptekarze nie są uzależnieni od jednego strzelca, od pojedynczego, wypracowanego wariantu – ligowe bramki rozkładają się w tym sezonie na piętnastu członków kadry pierwszego zespołu. To największa różnorodność strzelecka w całej Bundeslidze. Media zwracają uwagę, że Schmidt zmienił również swoje podejście, stał się mniej arogancki i nadmiernie pewny siebie (przypomnijmy sobie niezbyt fortunną wypowiedź po wygranym jesienią derbowym meczu z Köln, której adresatem był trener rywali, Peter Stöger). Statystycy podkreślają, że Bayer ma w tym sezonie najwięcej bramek jokerów spośród niemieckich pierwszoligowców – 8. Wychodzi więc na to, że w siedmiu ligowych spotkaniach tego sezonu Roger Schmidt podejmował słuszną decyzję, wpuszczając danego piłkarza na murawę. Ostatni przykład to Julian Brandt, pokonujący Manuela Neuera w meczu z Bayernem kilka minut po wejściu na boisko. Zmiennicy wywalczyli w tych meczach 15 niezwykle ważnych punktów, bez których drużyny nie byłoby w tym miejscu tabeli, w którym się aktualnie znajduje.

Pozostaje więc mieć nadzieję, że rychłe przedłużenie kontraktu będzie oznaczało możliwie jak najdłuższą współpracę obecnego trenera i zarządu. Tym bardziej, że Schmidt potrafi wyciągać wnioski z własnych nietrafionych decyzji, wciąż rozwija własny styl, ulepsza go. Trenera na lata widziałem już wcześniej w osobie Saschy Lewandowskiego, ale Michael Schade miał odmienne zdanie w tej kwestii. Postawił na Rogera Schmidta, który wreszcie wydaje się być człowiekiem, na jakiego ten zespół czekał od dawna.

Adrian Liput