BayArena
fot. www.bayer04.de

Bayer wybierał się na południe Niemiec po trzy punkty i naprawdę niewiele brakowało, by zawodnicy Rogera Schmidta przywieźli je ze sobą do Leverkusen. Dla Aptekarzy był to jednak dzień powrotu demonów: w pierwszej połowie nad stylem gry przyjezdnych unosił się zimny, północny duch Samiego Hyypii. W drugiej połowie gra Bayeru się odmieniła, ale przypomniał się z kolei niedawny słaby występ przeciwko Werderowi Brema – okazje były, ale gościom zabrakło skuteczności.

Przez większość meczu Bayer grał w osłabieniu, po tym jak w 28. minucie Emir Spahic obejrzał swoją drugą w tym spotkaniu żółtą kartkę. Aptekarzom należy oddać, że strata była praktycznie niewidoczna. Freiburg nie potrafił zdominować gry pomimo przewagi jednego piłkarza i własnego boiska, niemniej od takiego klubu jak Bayer wręcz oczekuje się, że nawet w dziesiątkę nie ustąpi pola drużynie, która w tym sezonie najprawdopodobniej znów będzie walczyć o utrzymanie.

W pierwszej połowie oglądaliśmy mecz walki. Było sporo fauli, sypały się kartki. Arbiter tego spotkania, pan Felix Brych, dość ochoczo obdarowywał nimi zespół gości. Wliczając w to dwa upomnienia dla Spahica, czynił to aż pięć razy.

Bayer przed przerwą wypracował sobie właściwie tylko jedną dobrą okazję. Stefan Reinartz zagrał przytomnie do pozbawionego obstawy Heung-Min Sona, jednak Koreańczyk „przedobrzył” z dryblingiem i nie oddał strzału z ostrego kąta w sytuacji sam na sam z Romanem Bürkim. Szwajcar spisywał się dziś wybornie w bramce Freiburga, zwłaszcza po przerwie ratując kilkukrotnie swój zespół od straty gola.

Gospodarze nie skupiali się jednak tylko na defensywie. Dość swobodnie w polu karnym Bayeru poczynał sobie czeski obrońca, Pavel Krmas, niezwykle groźny przy stałych fragmentach gry. Bernda Leno próbował też pokonać w 37. minucie Felix Klaus, ale nie zdołał trafić w bramkę. W doliczonym czasie pierwszej połowy z rzutu wolnego groźnie uderzył Christian Günter, ale Leno popisał się przytomną interwencją.

Po przerwie Bayer zdominował grę. Bliski pokonania Bürkiego był w 54. minucie Hakan Calhanoglu, który uderzył z dystansu widząc, że golkiper rywali wyszedł z bramki. Strzał był jednak nieprecyzyjny, piłka poszybowała ponad poprzeczką.

Najlepszą sytuację wypracował sobie po przerwie Karim Bellarabi, który ruszył na przebój mimo asysty kilku obrońców. Piłkarz Leverkusen zwieńczył swój rajd uderzeniem, obronionym jednak przez bramkarza Freiburga. Warto nadmienić, że po raz kolejny w przypadku Bellarabiego w dość klarownej sytuacji zawiodła skuteczność.

Podobnie było w 73. minucie spotkania. Bellarabi wyprowadził kontratak Aptekarzy z własnej połowy, zagrał do wbiegającego z lewego skrzydła Sona, który oddał potężny strzał z ostrego kąta. Piłka wróciła do ustawionego przed polem karnym Bellarabiego. Skrzydłowy Bayeru uderzył potężnie, zaś futbolówka po rękach golkipera trafiła w poprzeczkę, odbiła się od linii bramkowej i wyszła w pole. Powtórki wykazały, że nie było mowy o golu.

Na dwanaście minut przed końcem wyrównały się siły na murawie – drugą żółtą kartkę ujrzał Krmas. Roger Schmidt zareagował, wpuszczając na boisko Josipa Drmicia, który zmienił Larsa Bendera. Szwajcarski napastnik nie zdołał odmienić losów meczu. Mogło się to stać udziałem Sona, ale zawodnik z Korei Południowej uderzył minimalnie niecelnie z rzutu wolnego. Piłka musnęła obramowanie bramki.

Tym samym Bayer Leverkusen stał się drużyną, która w tym sezonie najczęściej – aż siedem razy – uderzała w słupek bądź poprzeczkę. Akurat takiego liderowania Aptekarze powinni unikać jak ognia. Spotkanie z Freiburgiem zakończyło się stratą dwóch punktów. Pozytywy? Piłkarzom Bayeru udało się zagrać drugi mecz z rzędu na „zero” z tyłu.