BayArena
fot. www.bayer04.de

Plan minimum wykonany. Operacja ?Berlin” zakończona sukcesem. Ze stolicy Niemiec i areny beniaminka Bundesligi wracamy z trzema punktami i awansem na pozycję wicelidera.

Choć Bayer prezentował się piłkarsko lepiej od swojego rywala i kontrolował mecz przez większą jego część, to w samej końcówce mógł stracić cenne zwycięstwo. Raz fenomenalnie ratował nas Leno, kilka razy nieporadność i niedokładność zagrań graczy gospodarzy.

Jeśli dziś jednak na chłodno wspomnimy sobie ten mecz, to przede wszystkim myślimy o stracie Sidneya Sama, który na początku spotkania opuścił boisko z kontuzją. Na szczęście jego zmiennik – Jens Hegeler, zagrał naprawdę dobre zawody. To zresztą piłkarz, któremu niebawem poświęcimy więcej miejsca, w osobnym tekście. W sobotę Hegeler zanotował asystę (choć sam znajdował się w tej sytuacji chyba na pozycji spalonej). Poza tym przez cały mecz tyrał, odbierał piłkę, walczył, wyróżniał się, był widoczny. I gdy już kibic pomyśli, że na United w przypadku absencji Sama mamy kim go zastąpić, dobiegają do nas niepokojące głosy o bólu w łydce u Jensa, który także nie dokończył tego meczu.

Bohaterem mógł zostać jeszcze inny rezerwowy, Robbie Kruse, któremu jednak w dwóch sytuacjach sam na sam zabrakło zimnej krwi, by podwyższyć rezultat i postawić kropkę nad ?i”.

Pochwały należą się oczywiście strzelcowi ósmej bramki w sezonie – Stefanowi Kiesslingowi, który poza zdobyciem gola, podobnie jak Hegeler skończył ten mecz pewnie mocno poobijany. Bo to właśnie takie spotkanie było – pełne walki, wślizgów. Choć Bayer starał się mieć wynik pod kontrolą, to o tę kontrolę na boisku musiał mocno zawalczyć.

Sami Hyypia, pomimo kontuzji, ma po pojedynku z Herthą na pewno jedno zmartwienie mniej. Chodzi o lewą obronę. Kontuzja wyklucza raczej udział Sebastiana Boenischa w meczu Ligi Mistrzów, jednak z dobrej strony pokazał się na tej pozycji Emre Can. Choć młody zawodnik, nominalny pomocnik, nie potrafi w pełnym biegu dośrodkować piłki z lewej nogi, bo jednak zawsze szuka swojej prawej, silniejszej nogi i zamiast dośrodkowań szuka często dryblingu i wejścia w pole karne rywala, to – co ważne – zagrał więcej niż w przyzwoicie w defensywie.

Zadowoleni możemy być ciągle z formy Simona Rolfesa, który pokazał między innymi Larsowi Benderowi, czy Gonzalo Castro, co znaczy doświadczenie i opanowanie w pojedynku, w którym w kilka sekund można stracić to, na co pracowało się przez dwie połowy.

Był to mecz, jakich wiele oglądaliśmy już w wykonaniu naszych piłkarzy. Często jednak schodziliśmy pokonani z boiska, a w Berlinie na szczęście zaprocentowało ogranie na wyższym poziomie i doświadczenie.

Jest wicelider, są dobre nastroje przed meczem Manchesterem United, choć martwią na pewno kontuzje. No i jeszcze gdzieś tam siedzi w głowie to, że podobnie należało zagrać ze słabiutkim Braunschweigiem.