BayArena
fot. www.bayer04.de

Kompromitacja na BayArenie! Piłkarze Bayeru nie potrafili sprostać wyzwaniu, jakim było wyeliminowanie drugoligowego Kaiserslautern. Wracają nie tak dalekie wspomnienia z końcówki ostatniej rundy, gdy z Aptekarzami mógł wygrać po prostu każdy.

„Czerwone Diabły”, jak powszechnie w Niemczech określa się podopiecznych Kosty Runjaica, nie przestraszyły się „renomowanego” rywala. Trzecia drużyna zaplecza Bundesligi była naprawdę dobrze przygotowana do meczu. Zespół Kaiserslautern, podobnie jak wcześniej Eintracht Frankurt, Werder czy Freiburg, obnażył wszystkie nasze słabości, a w szczególności brak pomysłów na grę w ofensywie.

Pierwszą w miarę klarowną sytuację w spotkaniu mieli jednak gospodarze. Po mniej więcej kwadransie gry z lewego skrzydła na wysokości pola karnego szarżował Simon Rolfes, kończąc akcję dośrodkowaniem. Do futbolówki wyskoczył Eren Derdiyok i uwalniając się od asysty obrońców oddał mocny strzał głową. Dobrą interwencją popisał się Tobias Sippel i skończyło się tylko na rzucie rożnym.

w 21. minucie w polu karnym z jednym z obrońców Kaiserslautern starł się Heung-Min Son. Zawodnik rywali dotknął piłki ręką, sędziowie jednak tego nie dostrzegli i zamiast otrzymać rzut karny, musieliśmy obejść się smakiem.

Znacznie więcej pecha mieliśmy po pół godzinie gry, gdy boisko w asyście fizjoterapeutów opuścił Eren Derdiyok. Szwajcar ucierpiał w jednym ze starć przed polem karnym rywali. Uraz okazał się na tyle poważny, że w 34. minucie spotkania wypożyczonego z Hoffenheim napastnika zastąpił Stefan Kiessling.

Pierwsza połowa była nudna jak flaki z olejem. Nie przysypiali chyba tylko najwierniejsi kibice obu jedenastek. Z naszej strony całkiem aktywny był Giulio Donati, nieźle pokazywał się też (ale tylko do przerwy) Emre Can, ale generalnie Bayer znów grał w piłkę z niechcianego obowiązku.

Po przerwie wyglądało to tak samo: nudno, bezbarwnie, bez polotu. Drużyna Aptekarzy przypominała zardzewiałą, sypiącą się maszynę, niezdolną do pracy na najwyższych obrotach. Piłkarze przechodzili obok meczu. Fatalne zawody rozegrali nasi środkowi pomocnicy, którzy notorycznie gubili piłkę po beznadziejnych podaniach w środkowej strefie boiska, co narażało nas na kontry. W ataku było po staremu: napastnicy walili głową w mur. W spotkaniu z Gladbach mieliśmy przebłysk geniuszu Sona, który dał nam trzy punkty, tym razem jednak nikt nie błyszczał.

Dziewięćdziesiąt minut nie przyniosło żadnego rozstrzygnięcia, co oznaczało konieczność rozegrania dogrywki. W jej pierwszej części Bayer miał naprawdę sporo szczęścia. W 97. minucie debiutujący w barwach Aptekarzy Andres Guardado skosił rywala w polu karnym. Przed szansą stanął wprowadzony na dwadzieścia minut przed końcem regulaminowego czasu gry Mohammadou Idrissou. Bernd Leno wyczuł intencje strzelającego, ale nawet nie musiał interweniować, bowiem Kameruńczyk uderzył obok bramki.

Wydawało się, że być może wreszcie szczęście zaczęło nam sprzyjać, zaś rzut karny będzie sygnałem, że żarty się skończyły i czas wziąć się na poważnie do roboty. Tymczasem w drugiej części dogrywki wyśmienitą asystą z prawej strony boiska popisał się niefortunny wykonawca jedenastki. Idrissou dośrodkował idealną piłkę do Rubena Yttegarda Jenssena, ten przyjął ją w polu karnym Bayeru i spokojnie uderzył, zdobywając bramkę na 1-0!

Kibice wierzący w to, że drużyna nie mogąca zdobyć gola przez 115 minut nagle w ostatnich pięciu dokona tego wyczynu, mogliby kandydować do miana optymistów roku. Cudu, oczywiście, nie było i odpadamy z Pucharu Niemiec w – nie bójmy się tego powiedzieć – iście frajerski sposób.

A na domiar złego przegrywamy mecz po wyczerpującej dogrywce, która raczej nie pomoże przed weekendowym starciem z Schalke.