BayArena
fot. www.bayer04.de

Parę dni spekulacji i wszystko doszło do skutku. Nie Max Meyer, nie Pierre Hojbjerg, a Kevin Kampl trafił, a właściwie wrócił na BayArenę, by zastąpić sprzedanego w tym samym czasie do Tottenhamu za rekordową sumę 30 milionów Euro Heung-Min Sona. Obaj zawodnicy podpisali ze swoimi nowymi klubami pięcioletnie kontrakty.

Po Sonie sprzedanym za taką kasę nikt płakać nie będzie. Właściwie chyba wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie zarobilibyśmy na nim więcej. Son zgotował sobie przeogromną presję trafiając do Londynu za wielkie pieniądze. Ale to już nie nasz problem. Koreańczykowi należy podziękować i go dobrze wspominać, bo jednak wielokrotnie cieszyliśmy się z jego pięknych, a przede wszystkim ważnych goli (nie wspominając już o przyciągnięciu na BayArenę sponsora i wielu koreańskich kibiców), ale jednak też często irytował chimerycznością, egoizmem i po prostu słabą grą.

Rudi Voller stwierdził, że pozycja Sona jest dość mocno obsadzona, po czym … sprowadził Kevina Kampla. Człowieka Rogera Schmidta. U którego wybił się w Red Bullu Salzburg. U którego zapracował na transfer do silnego europejskiego klubu, którym okazała się Borussia Dortmund. Bayer już wtedy rywalizował o Słoweńca. Kampl, który juniorską karierę spędził przecież w Leverkusen, zdecydował się wtedy na Borussię. To przy słabszej grze być może będzie mu wypominane przez kibiców.

A nie mamy gwarancji, że zainwestowane w niego 10 milionów Euro okażą się trafione. Kampl już w Dortmundzie przekonał się, że niemiecka Bundesliga to zupełnie inny poziom niż austriacka, a nawet Liga Europejska, w której wcześniej też sobie świetnie radził.

Kampl to szybkość, dobry drybling, przebojowość, strzał z obu nóg, ale w ostatnich miesiącach także niedokładność i podejmowanie złych decyzji oraz nie nadążanie za tempem gry Bundesligi. Właściwie pozostaje nadzieja w Rogerze Schmidcie, że z niemal 25-latka wyciśnie ponownie jego najlepsze cechy.