BayArena
fot. www.bayer04.de

Trzy tygodnie ? tyle czasu minęło od pierwszego spotkania pomiędzy Bayerem Leverkusen a Atletico Madryt w 1/8 finału tegorocznej Ligi Mistrzów. Aptekarze mimo ambitnej postawy przegrali ostatecznie 2-4 na własnym terenie, potem przyszły katastrofalne występy w lidze i zmiana trenera. Do spotkania rewanżowego na Vicente Calderon przystąpi zupełnie inna drużyna… Choć wciąż popełniająca te same błędy.

Nikt piłkarzom z Leverkusen nie daje wielkich rokowań na awans. Oczywiście, można do bólu powtarzać wyświechtane frazesy o tym, że w piłce nie ma nic pewnego i nie takie rzeczy się działy, natchniony Tayfun Korkut może pleść na konferencjach prasowych bzdury o chęci walki o ćwierćfinał i przywoływać niedawny przykład Barcelony, która w rewanżu odrobiła czterobramkową porażkę z pierwszego meczu z PSG, ale pewnych faktów nie zdoła tym przesłonić.

Bayer to nie Barcelona i nawet jeśli okaże wolę walki podobną Katalończykom, dysproporcja potencjału między die Werkself a potrafiącym grać wyrachowaną piłkę Atletico jest zbyt wielka; nawet jeśli zasymulujemy karnego w decydującym momencie, to pewnie go zmarnujemy; nawet jeśli… I tak dalej.

O tym, że drużynę zżerają od środka te same problemy, co od początku sezonu, przekonała nas druga połowa ostatniego meczu ligowego z Werderem Brema. Do Madrytu jedziemy po to, by w miarę możliwości godnie pożegnać się z europejskimi rozgrywkami w obecnych rozgrywkach, a jednocześnie nie przemęczyć się zbytnio, by w kolejny weekend ekipa nowego trenera miała siłę skupić się na swoim najważniejszym celu: wywalczeniu Ligi Europejskiej na kolejny sezon. To akurat wciąż jest całkiem możliwe. Przynajmniej na papierze.

W stolicy Hiszpanii nie zagrają jutro z pewnością Lars Bender, którego występ do dzisiejszego dnia pozostawał kwestią otwartą, nie wspomoże nas w defensywie ani kontuzjowany od dłuższego czasu Jonathan Tah, ani kapitan, Ömer Toprak. Ten ostatni dograł do końca mecz z Werderem, ale tuż po jego zakończeniu okazało się, że złapał kontuzję kostki. Stefan Kiessling został w domu z powodu biodra, choć inne źródła podają, że chodzi o nękające go od początku sezonu problemy z plecami. Na prawej obronie nie zobaczymy Benniego Henrichsa, który pauzuje za kartki. Kai Havertz, który aktualnie przygotowuje się do matury, zostaje w Leverkusen z powodu… ważnego egzaminu. Oczywiście zabraknie też zawieszonego do końca sezonu Hakana Calhanoglu.

Zagra Bernd Leno, mimo że w piątek solidnie oberwał, gdy rzucając się na piłkę został kopnięty w twarz przez Theodora Gebre Selassiego. Efektem był złamany nos i błyskawiczna operacja. W bramce Leverkusen zagra więc podstawowy golkiper, jeden z najlepszych w Niemczech… Tylko co może nam dać solidny bramkarz wobec przetrzebionej defensywy?

Sami przyznacie, wrócić z twarzą będzie wyjątkowo trudno, co dopiero awansować.