BayArena
fot. www.bayer04.de

Prognozy na ostatni mecz ligowy z Schalke nie były zbyt optymistyczne w kontekście kontuzji zawodników mających w tym sezonie realny wpływ na postawę Aptekarzy. Z gry wypadał Eren Derdiyok, niepewne były występy dwóch środkowych pomocników, Larsa Bendera (ostatecznie zagrał i wydatnie przysłużył się do pierwszej bramki, jaką zdobyli w sobotę nasi rywale) oraz Stefana Reinartza. Z kolei na piątkowej konferencji prasowej, zorganizowanej z okazji ligowej potyczki, Sami Hyypiä nieoczekiwanie ogłosił, że w spotkaniu nie weźmie udziału Sidney Sam.

Powód stanowił istne kuriozum i sprawił, że niejeden kibic Aptekarzy przecierał oczy ze zdumienia. Oto bowiem fiński szkoleniowiec uznał, że byłoby nie fair w stosunku do Sama, gdyby piłkarz musiał występować przeciw przyszłemu pracodawcy. Hyypiä tłumacząc swą decyzję powołał się na zwyczaj, jaki obowiązywać ma na Wyspach Brytyjskich.

Tyle tytułem wstępu; chyba każdy kibic Leverkusen sprawę w swoim czasie poznał i zdążył wyrobić sobie na ten temat opinię. Z początku myślałem, że to tylko gafa trenera wciąż pracującego na zebranie własnego bagażu doświadczeń w tym zawodzie – Hyypiä coś palnął, potem pewnie na spokojnie przemyśli sprawę, może ktoś wybije mu ten pomysł z głowy… A jednak Sam w meczu z Schalke zasiadł na trybunach. Piłkarz, który w rundzie jesiennej był jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) zawodnikiem drużyny, zdobył siedem bramek (kto wie ile by ustrzelił, gdyby nie kontuzja), nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Wszystko w trosce o jego dobro, ma się rozumieć.

Nie będę się teraz rozwodził nad tym, czy wina leży po stronie trenera, piłkarza, czy kogokolwiek innego. Z mojego punktu widzenia sprawa wygląda następująco: Sam jako profesjonalny piłkarz, którego aktualnym pracodawcą wciąż jest Bayer Leverkusen, pobierając wynagrodzenie za grę, powinien bez skrupułów wyjść na boisko i starać się o jak najlepszy występ. Decyzja Hyypii może odbić się niekorzystnie na wizerunku Sidneya wśród fanów Die Werkself i narobić sporo smrodu wokół obecnej sytuacji zawodnika.

Pytanie retoryczne: czy ktokolwiek wypomina dziś Jensowi Hegelerowi, że 13. grudnia 2011 roku, jako zawodnik Aptekarzy wypożyczony do 1.FC Nürnberg, wbił nam na BayArenie gola wiedząc, iż niebawem wróci do macierzystego klubu? Czy możemy mieć pretensje do Arka Milika, który w tym sezonie wszedł na boisko w trakcie meczu rozgrywanego przez Leverkusen u siebie z Augsburgiem w barwach gości i również zapewne czynił wszystko, żeby strzelić swemu pracodawcy bramkę? Dzień przed meczem Milik pisał na swoim facebookowym profilu, że pragnie wpisać się na listę strzelców w spotkaniu z Bayerem. Owszem, były żartobliwe przekomarzanki z fanami Aptekarzy (w których sam wziąłem skromny udział), ale czy reprezentant Polski w razie zdobycia bramki, niechby i zwycięskiej, znalazłby się na cenzurowanym? Wręcz przeciwnie; choć pewnie początkowo ciężko byłoby przełknąć tę pigułkę, mielibyśmy na pocieszenie świadomość, że wkrótce nasz skład zasili silny psychicznie gracz, który nie chowa się przed wyzwaniem na trybunach i potrafi zmierzyć się z presją.

Rozumiałbym tę całą sytuację, gdyby Sidney Sam był graczem młodym, nieopierzonym, dopiero zbierającym doświadczenie w Bundeslidze, a nie piłkarzem, który przez cztery ostatnie sezony spędził na boisku w barwach Bayeru grubo ponad 5000 minut. Biorąc pod uwagę doświadczenie Sidneya, sam fakt, że zawodnik zgodził się na pauzowanie w tym meczu jest po prostu nie do przyjęcia. Z punktu widzenia kibica wygląda to tak, jakby Sam już był piłkarzem Schalke, a w Bayerze po prostu odbębnia swoje. Albo zawodnik wykazał się brakiem profesjonalizmu, albo trenerowi zabrakło wyobraźni. W każdym razie po całym zamieszaniu pozostało uczucie niesmaku.

 

Adrian Liput