BayArena
fot. www.bayer04.de

Powiedzmy sobie otwarcie – to już przestało być śmieszne. Bayer rozdaje punkty na prawo i lewo, w lidze przegrywa już praktycznie z każdym, nie ma znaczenia, czy naprzeciw staje outsider z Freiburga, czy potentat z Monachium. W rundzie wiosennej w ośmiu dotychczasowych meczach wywalczyliśmy ledwie 7 pkt. Gdyby był to początek sezonu, plasowalibyśmy się na 15. pozycji, ostatnim bezpiecznym miejscu w tabeli.

Co gorsze, drużyna co mecz popełnia te same błędy. Pisząc relacje ze spotkań, popadam w swoiste deja vu. Pomału kończą się synonimy, bo co tydzień problem dotyczy tego samego: przewidywalnej taktyki, zbyt wąskiej ławki, braku zaangażowania… Choć akurat w tej sprawie coś drgnęło, co niestety, nie ma przełożenia na wyniki. Ostatni mecz z Bayernem był inny, zagraliśmy naprawdę nieźle… ale i tak skończyliśmy spotkanie jako strona przegrana.

Skład jest wypalony, potrzebne są wzmocnienia. I nie chodzi o zawodników, którzy będą wchodzić w końcówkach spotkań i ogrywać się na najwyższym poziomie rozgrywek w Niemczech, tylko o takich, którzy poślą na ławkę dotychczasowych pewniaków. Rudi Völler od lat pielęgnuje węża w kieszeni, jeśli chodzi o kwestię pozyskiwania nowych piłkarzy, choć celem drużyny są europejskie puchary, co dyrektor sportowy klubu wielokrotnie deklarował.

Popatrzmy jednak, w jakim miejscu jest dziś Bundesliga. Dzięki niedawnym sukcesom Bayernu Monachium i Borussi Dortmund liga stała się łakomym kąskiem dla renomowanych graczy. Tylko czekać, aż do niemieckich klubów zaczną regularnie trafiać piłkarze z najsilniejszych lig – hiszpańskiej i angielskiej – i to nie na emeryturę, jak Raul Gonzalez, tylko by walczyć o najwyższe cele w Europie. Wzmacnia się Schalke, wzmacnia Borussia, do walki o najgłośniejsze nazwiska włączył się od tego sezonu Wolfsburg. O Bayernie w tym kontekście nawet nie ma sensu wspominać – to od lat światowa czołówka, czy nam się to podoba, czy nie.

To truizm stary jak świat, ale jeśli ktoś stoi w miejscu, zaczyna się cofać. Bayer nie ma na chwilę obecną perspektyw, by włączyć się do wyścigu zbrojeń. Powodem jest skromność na siłę. Oczywiście był w ostatnich latach pewien wyjątek, ale wyjątek pograł u nas przez dwa sezony, wypromował się i teraz jest zawodnikiem Chelsea Londyn. Heung-Min Son? Owszem, być może. Jego transfer był krokiem w dobrym kierunku. To wciąż jednak za mało.

Przegraliśmy Sama, nie mieliśmy absolutnie żadnych argumentów, by zatrzymać w klubie Schürrle, a każdy piłkarz Leverkusen, który zaczyna grać ponad stan, zasiewa swą formą strach w sercach kibiców; bo mocniejsze kluby tylko czekają, by złożyć zawodnikowi intratną propozycję.

Dlatego też kryzys formy i tych kilka porażek z rzędu może przełożyć się na wzmocnienie klubu i pogodzenie się z faktem, że kilku weteranów, którzy już nic więcej drużynie dać nie mogą, będzie musiało odejść, bądź pogodzić się z rolą rezerwowych. Rudi Völler powiedział kiedyś, że Bayeru nie stać na transfery rzędu 20 milionów euro. Nie wypada z tym dyskutować, wszak to on ma najlepszy wgląd w klubowe finanse. Nie trzeba jednak wydawać takiego ogromu pieniędzy, by zasilić skład naprawdę utalentowanym piłkarzem.

André Hahn stał się w ostatnim czasie jednym z najgorętszych kąsków transferowych w Niemczech. W tym sezonie trafił do siatki rywali już 10 razy, do tego dołożył 7 asyst. Co więcej, został dostrzeżony przez Joachima Löwa, choć w ostatnim meczu Niemców z Chile nie zagrał. Jak donoszą media, Hahn budzi zainteresowanie wielu klubów Bundesligi. Jako zespoły zainteresowane jego pozyskaniem wymienia się Schalke Gelsenkirchen, Borussię Dortmund i Bayer Leverkusen.

Pytanie: czy Bayer jest w stanie swą ofertą kontraktu przebić dwójkę rywali? Moim zdaniem musi. Strata Hahna byłaby niemal taką samą wizerunkową katastrofą, jak odejście Sidneya Sama do Schalke. Nie chodzi jednak tylko o wizerunek. Hahn może zastąpić Sama z marszu i stać się prawdziwym wzmocnieniem. Nie będzie musiał przystosowywać się do nowego stylu gry jak Andres Guardado. Nie będzie musiał grzać ławy i cieszyć się rzucanymi przez Hyypię ochłapami – występami po 10 minut na mecz – jak Julian Brandt, ponieważ przybyłby do klubu jako solidne wzmocnienie, a nie talent, który miałby wystrzelić w przyszłości.

Ile kosztuje taki piłkarz? Odpowiedź brzmi: zaledwie 2,5 miliona euro. Prawdziwa okazja. Oczywiście do tego doszłaby pensja zawodnika, niemal na pewno jedna z najwyższych w drużynie… ale w końcu trzeba wyłożyć trochę grosza, żeby przynajmniej utrzymać się w pierwszej trójce Bundesligi.

Promocja jest ograniczona do końca marca. Wtedy bowiem wygasa klauzula śmiesznie niskiego odstępnego za usługi skrzydłowego Augsburga. Krótki termin może być naszym atutem, ponieważ zdaniem dziennikarzy Kickera, dla Schalke upływa on zbyt wcześnie. Zatem czas najwyższy, żebyśmy odegrali się Königsblauen i pokazali, że też mamy argumenty do pozyskiwania uznanych zawodników.

 

Adrian Liput