BayArena
fot. www.bayer04.de

Mundial, mundial i po mundialu. Większość tęsknie wzdycha do brazylijskich boisk, do spektakularnych widowisk o wielką stawkę, toczonych na najwyższym poziomie… Pod tym względem jestem wyjątkiem. Mundial na dłuższą metę mnie męczył – może dlatego, że zaprzedałem duszę pewnej drużynie klubowej i piłka reprezentacyjna nie ma dla mnie takiego posmaku, jak dla neutralnych kibiców. Może to po prostu przesyt. Nieważne. W każdym razie emocje były, nie da się zaprzeczyć. A między nimi znalazło się trochę miejsca na śmiech (podziękowania należą się przede wszystkim panu Szpakowskiemu, ale nie tylko), między innymi z tak zwanych „polskich akcentów”, wyszukiwanych mniej lub bardziej na siłę przez komentatorów TVP. Śmiech skończył się, gdy w trakcie finału, gdy z boiska schodził kontuzjowany Christoph Kramer (grający w Borussii Mönchengladbach na wypożyczeniu z Bayeru Leverkusen), zdałem sobie sprawę z tego, że sam na siłę doszukuję się akcentów aptekarskich.

W fazie grupowej nie było jeszcze tak znowu źle. W barwach Meksyku brylował Andres Guardado. Biję się w pierś – w pierwszym spotkaniu Meksyku z Kamerunem uśmiechałem się pod nosem, nie mogąc wyjść z „podziwu”, że ten marny grajek, który większość czasu w Leverkusen spędził na ławce rezerwowych, a gdy już dostawał szansę, partaczył wszystko co się dało, a nawet i więcej, jednak jako tako kopać futbolówkę potrafi. Od meczu z Brazylią „podśmiechujek” już nie było. Zacząłem się nawet na poważnie zastanawiać, czy ludzie odpowiedzialni w Bayerze za transfery nie powinni czasem naprędce spisać na kolanie kontraktu dla Meksykanina, który na krótko przed mistrzostwami przekroczył w reprezentacji magiczną liczbę stu występów – jego postawa na mundialu uwidoczniła takim niedowiarkom jak ja, dlaczego mu się to udało.

Szybko przyszła jednak refleksja, że dobra gra dla kadry wcale nie musi oznaczać, że Andres jesienią powtórzy tę dyspozycję w meczach Aptekarzy. Sam w niedawnym wywiadzie dla „Piłki Nożnej” przyznał, że czuje się w Leverkusen świetnie i pragnie pozostać w Bundeslidze na przyszły rok… Pytanie tylko, jako kto? Lewy obrońca, rywalizujący z Boenischem i Wendellem? Tutaj się nie sprawdził i nie wiadomo, ile jeszcze czasu zajmie mu przystosowanie się do stylu gry preferowanego na niemieckich boiskach. Lewe skrzydło w drugiej linii zajęte będzie przez Heung-Min Sona lub Juliana Brandta. Jeszcze gorzej. Z bólem serca – nie widzę jednak Andresa w Bayerze. Może się mylę i Roger Schmidt wymyśli dla niego miejsce i rolę na boisku, które pozwolą wykorzystać jego niemały potencjał, ale… Wariant z rozstaniem jest na tę chwilę bardziej prawdopodobny.

Pójdźmy dalej z tym krótkim pseudopodsumowaniem. O Josipie Drmiciu Rudi Völler powiedział przed niespełna miesiącem, że dobrze, iż kupiliśmy go przed mistrzostwami za 6 milionów euro, ponieważ gdyby się wypromował, jego cena mogłaby mocno skoczyć i prawdopodobnie musielibyśmy obejść się smakiem.

Drmic nie wypromował się. Co więcej, przez sporą część ekspertów wymieniany jest w gronie mundialowych rozczarowań. Trochę mnie to dziwi, gdy przywołam na pamięć dwie asysty przy trafieniach Xherdana Shaqiriego w ostatnim meczu grupowym z Hondurasem, który dał Helwetom awans z grupy, no ale w porządku… Sam oczekiwałem od niego czegoś więcej. Na przykład choćby jednego gola.

Bayer na mundialu był reprezentowany również przez Emira Spahicia. Po poprawnym (choć przegranym) spotkaniu z Argentyną przyszedł mecz z Nigerią, o którym kapitan Bośni i Hercegowiny chciałby pewnie jak najszybciej zapomnieć. Przypomniały mi się jego koszmarne występy przeciwko Manchesterowi United w Lidze Mistrzów. Błąd gonił błąd, po babolach Emira już po pięciu minutach powinno być 2-0 dla Nigerii. Bramka padła dopiero w 29. minucie, po błędzie… a jakże, Spahicia, który dał się ograć Emmanuelowi Emenike niczym dziecko. W dodatku nie mając już szans na wyłuskanie piłki, zawodnik Bayeru zaczął domagać się od sędziego odgwizdania faulu, jakby to miało zmienić fakt, że środkowy obrońca, który zaliczył tak fantastyczny finisz sezonu w klubie, kompletnie się skompromitował. W drugiej połowie Emenike ponownie, w niemal identyczny sposób co w pierwszej odsłonie spotkania, ośmieszył Emira. Tym razem obyło się bez konsekwencji w postaci bramki dla afrykańskiej drużyny. Porażka w tym meczu oznaczała, że w ostatniej grupowej potyczce z Iranem mundialowi debiutanci mieli zagrać o honor.

Ani Guardado, ani Drmic, ani nawet kapitan Spahic nie mogli cieszyć się w swoich ekipach podobną pozycją, co Heung-Min Son w reprezentacji Korei Południowej. I rzeczywiście, już w pierwszym meczu z Rosją Heung-Min pokazał się jako motor napędowy akcji ofensywnych swojego zespołu. Bramki nie strzelił, ale zdawał się być w kilku miejscach jednocześnie, a piłka przechodziła przez niego podczas każdego natarcia Koreańczyków na rosyjską bramkę.

W kolejnym meczu, przegranym przez Koreę 2-4 z Algierią, Son zdobył nawet gola – jedno z dwóch trafień Aptekarzy na mundialu (innym była bramka Andresa Guardado w spotkaniu Meksyku z Chorwacją). Nie na wiele się to zdało. Korea przegrała ostatni mecz w grupie z Belgią 0-1 i wypadła z turnieju. W 1/8 finału pechowo odpadły również Szwajcaria i Meksyk. Zaczęło się szukanie aptekarskich akcentów – a to Andre Schürrle, były Aptekarz, a to Christoph Kramer, Aptekarz przyszły (być może)… Wtedy człowiek zaczął naprawdę przeklinać kontuzję Larsa Bendera, który przecież wobec nie do końca ogranego Samiego Khediry mógłby być podstawowym zawodnikiem mistrzowskiej reprezentacji Niemiec. No, ale nic. Da się to przeżyć. Jako kibic reprezentacji Polski, nie nad takimi frustrującymi doznaniami przechodziłem do porządku dziennego.

Naprawdę żal było mi tylko Robbiego Kruse. Jeszcze na wiosnę, gdy zaczynał rehabilitację pod okiem klubowego fizjoterapeuty, Hansjörga Schneidera, „Skippy” uśmiechał się na zdjęciach, a w wypowiedziach dla oficjalnej strony internetowej Bayeru deklarował, że to nie koniec jego walki o mundial, którą zapoczątkował wraz z resztą składu „Socceroos” w eliminacjach do mistrzostw świata w strefie azjatyckiej. Zerwanie więzadeł krzyżowych okazało się jednak urazem zbyt poważnym, by Robbie przed turniejem w ogóle wznowił pełnoprawne treningi z piłką, nie mówiąc już o dojściu do odpowiedniej formy. Szkoda, choć i tak zaciskałem z całych sił kciuki za Australijczyków. W końcu to drużyna, która zagrała na mundialu dzięki dobrej postawie Kruse w eliminacjach. Ot, kolejny aptekarski akcent.

Adrian Liput